Poszukiwanie sensu życia jest jednym z najstarszych i najdonioślejszych, ale i najbardziej frustrujących zajęć ludzkości. Porażki w tym poszukiwaniu stanowią nie tylko przejaw dzisiejszych kryzysów kulturowych i cywilizacyjnych, lecz należą także do głównych ich powodów. Dzisiejsza sztuka i literatura niejako żywi się nimi. Kiedyś analizując dzieło literackie, należało odpowiedzieć na pytanie: "CO AUTOR CHCIAŁ PRZEZ TO POWIEDZIEĆ"; dziś nawet najwięksi autorzy poszukują jedynie nowych środków wyrażenia beznadziejności życia.
Michał Heller


Kiedy czytam, zawsze mam wrażenie, jakbym jadła. Natomiast potrzeba czytania jest jak nieznośny wilczy głód.

Susan Sontag


Literatura to próba zapisania na jakiś twardy dysk tego, co masz na pulpicie.
Agnieszka Wolny-Hamkało

piątek, 14 sierpnia 2015

Pustostan

Pustostan Agnieszka Nietresta-ZatońPisząc o powieściach cudzych, pisałam równocześnie własną.

Czytałam w tym czasie jeszcze więcej, niż zwykle ale nie miałam już sił recenzować ani dzielić się z Wami literackimi przemyśleniami. Kiedy emocje opadną, a ja dostanę do ręki ów mroczny przedmiot pożądania - moją powieść w wersji papierowej, wrócę do pisania o książkach innych autorów. Bałagan w moim życiu powoli daje się ogarniać; odcinam wszystkie gałęzie, wspinanie się po których kosztuje mnie za dużo czasu i zbędnej energii.

Pisanie i czytanie - to jest to, co tygrysy lubią najbardziej.
Mroczny przedmiot pożądania już istnieje.
Ma 320 stron, rewelacyjną okładkę i można poczytać o nim tutaj.

Poczytajcie, a ja... poczytam. Cóż innego można robić latem, kiedy ma się już w głowie książkę kolejną domagającą się rozpoczęcia - no, dobrze: już rozpoczętą... - i dopływu inspiracji? Oswajać słowa...



***

oswajanie słów
jest trudniejsze
niż oswajanie tygrysów
one własną zwinnością zdumione
przeciągają wśród traw
wpełzają kocio na drzewa
poruszają wargami
z bliska
zapach mięsa i pierza
ostry zapach krwi
trzeba pokochać je wszystkie
aby popis
wypadł pomyślnie

Halina Poświatowska

Trzymajcie kciuki, żeby popis wypadł pomyślnie...


wtorek, 14 kwietnia 2015

Gdy droga jest szczęściem



Anna Wojtacha reportaże z Rosji
 Anna Wojtacha, Zabijemy albo pokochamy, ZNAK 2015

Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle. Czasem, dla niepoznaki, baba ma swojsko brzmiące imię, choćby Anna, a dla zmylenia przeciwnika, niczym kameleon, wtapia się w tło.

Mogłabym tak siedzieć w nieskończoność. Ludzie, kiedy nie widzą, że są obserwowani, zachowują się naturalnie, wtedy też najlepiej wychodzą na zdjęciach. Jeśli zorientują się, że ktoś na nich patrzy, zaczynają przybierać pozy i robić miny, bo chcą wypaść jak najlepiej. Ja jednak siedzę z boku, więc jestem dla nich prawie niewidoczna – także dzięki temu, że nie mam na sobie strojnej sukienki, nie jestem umalowana ani ładnie uczesana. Jestem więc nikim, zupełnie przezroczysta. Uwielbiam to. Nawet ci, którzy siadają obok mnie, nie zwracają na mnie uwagi. Słucham ich rozmów, podpatruje uśmiechy i zaloty. [215-216]

Ale to nie jedyna taktyka – z natury bowiem baba jest impulsywna.

Dwa razy nie trzeba mi powtarzać. Zrzucamy ubrania i wbiegamy do jeziora. Jest koszmarnie zimne, więc krzyczymy wniebogłosy, ale już po chwili ciało się przyzwyczaja. Kładę się na plecach i pozwalam, by woda mnie unosiła. Ten moment będę pamiętać już zawsze. Poranne mgły, skłębione niskie chmury i wyspa Olchon spoglądająca na mnie majestatycznie. Poczułam się w tym ogromie wody maleńka, a jednocześnie spokojna. [179-180]

I gadatliwa.

Kiedy Igor będzie się wstydził zagadać do dziewczyny, która mu się spodobała, Anna poradzi sobie z tym bez trudu. Bo Anna z zagadywania żyje, uprawiając jeden z najbardziej pasjonujących zawodów świata – dziennikarstwo. Anna, jak trafnie definiuje Igor, zawodowo gada z ludźmi. Fajną robotę ma. Więc ta Anna zagada do każdego i każdego usiłuje przegadać, ale umie też słuchać i z tej prostej przyczyny ludzie chętnie otwierają przed nią swoje serca. 

niedziela, 4 stycznia 2015

Zaćmienie słońca w sercu

Mogłabym zacząć tak: naiwnie liczyłam, że uzyskam odpowiedź. Że dowiem się, jak to się dzieje, że czasem człowiek przez całe życie jest w nastroju nieprzysiadalnym. Że szuka stolika w ciemnym kącie, ale chce aby stolik usytuowany był tak, że można przy nim siedzieć i obserwować. Innych. I żeby ci inni nie podchodzili zbyt blisko. Żeby byli - na odległość ręki, nawet mówili do ciebie - listami, ale jednak zachowywali dystans. 
Mogłabym zacząć tak: naiwnie liczyłam, że jest pierwsza przyczyna. Jedna przyczyna. Jest powód. Proste zależności: jeśli A, to B. Potem C, D, E... Że Na każde pytanie jest odpowiedź.
Ale to przecież nieprawda.
Liczyłam na to, że upewnię się w swoich intuicjach: są przesłanki, są punkty graniczne, są znaki, symptomy, ale
I to ale fascynowało mnie w Beksińskich najbardziej. 
Mogłabym zacząć tak: naiwnie liczyłam, że padnie diagnoza. W ciemnym kącie na stoliku Magdalena Grzebałkowska porzuciła plik papierów - co za fascynująca medykalizacja wywodu... - a tam obłe metaforyczne sformułowania psychiatryczne. Jasna sprawa.
Ale to przecież  nieprawda.
Liczyłam na to, że nie będzie prostych przekładni, domorosłych diagnoz; że zza węgła nie wyskoczy mi żaden Freud. Liczyłam na to, że nikt mi niczego nie ułatwi. 
I nie ułatwił.

niedziela, 19 października 2014

Anegdota o istnieniu, czyli o opuszczaniu samej siebie

Kto potrafi
pomiędzy miłość i śmierć
wpleść anegdotę o istnieniu
zgarniam brunatne plastry książek
Nasłuchuję brzęczenia słów
pomiędzy miłość i śmierć
wpleść
nikt nie potrafi
Halina Poświatowska

Potrafi! Magdalena Tulli potrafi.
Zgarnęłam brunatny plaster "Szumu" z półki. Wplotła, ach, jak wplotła. Lektura tej niewielkiej objętościowo powieści wyzwala w czytelniku ogrom emocji. To jedna z tych książek, o których Michał Nogaś mawia, że rozpruwają żyły. Oszczędnymi, by nie rzec: ascetycznymi środkami, Tulli odpowiednie daje rzeczy słowo. Rzecz prosta nie jest. Historia dwóch sióstr, które zastygły w magmie obozowych traum oraz ich dwojga dzieci, które ów stan zastygnięcia muszą przyjąć z całym dobrodziejstwem inwentarza, powala, zniewala i... wyzwala.
Narratorka, córka swojej matki, dokonuje prawdziwej wiwisekcji: operacja na żywych emocjach jest precyzyjna i bolesna, ale skuteczna - prowadzi do oczyszczenia i wybaczenia. Kiedy nacisk skalpela okazuje się nie do wytrzymania, oddaje głos matce. Matka mówi niewiele, ale z jej słów odczytujemy biografię osoby, która okrutnie cierpiąc, opancerzyła się tak skutecznie, że nie miały już do niej przystępu dobre emocje i ciepłe uczucia. Być dzieckiem takiej matki, to jak w genetycznej ruletce dostać zamiast serca bryłę lodu. Niby można ją stopić, niby można nadać jej nowy kształt; można nawet doprowadzić do wrzenia. Ale zanim się to uda, serce takie przez długie lata jest jak błotnista kałuża: bezkształtne, chłodne, zamulone.

piątek, 5 września 2014

Żywy stąd nie wyjdzie nikt

Zrazu pomyślałam, że autorce narzucił się obraz krakowskiego szkieletora, którego od dawien dawna nikt nie jest władny przebudować ani zburzyć - to zaiste mógłby być prototyp.
Przed nami wyrosła wielka, ponura, toporna konstrukcja, pozbawiona jakiegokolwiek stylu, szara bryła Betonowego Pałacu. Tak masywna, że zdawała się przysłaniać większość błękitnego nieba. Blok rzucał cień na Osiedle. Królował nad nim niczym baszta obronna. W równym stopniu strzegł, co zagrażał. Miał piętnaście pięter i powoli popadał  w ruinę. [85]
Ale zaraz potem zdałam sobie sprawę, że co dnia mijam mnóstwo betonowych pałaców rzucających cień na osiedle. Także na to, na którym pracuję. Zdarza mi się w betonowych pałacach bywać; te najstarsze, od wielu lat nieremontowane bywają naprawdę przerażające. Ciągnące się nieomal bez końca odrapane cuchnące korytarze, zdezelowane windy, przepalone żarówki. W takich miejscach przychodziło mi szukać podopiecznych Opiekuna, albo tych, których miałam nadzieję przed nim uchronić.
W tkance wielkiego miasta Osiedle nie jest strukturą metaforyczną; jest jak najbardziej realne i namacalne, choć wielu, którzy nigdy się z nim nie zetknęli, może uznać, że podobnie ukonstytuowane państwo w państwie nie ma prawa bytu. Gaja Grzegorzewska używa zamiennie słowa Osada, wiodąc myśl czytelnika w stronę horroru.  Tak - osiedle to miejsce jak ze złego snu; statek szaleńców na oceanie względnego spokoju. Zważcie jednak, że wejście do betonowego pałacu jest raczej nietypowe:
Schodów prowadzących do jedynej klatki pilnowały na przykład dwa zupełnie absurdalne kamienne lwy, które chłopaki musieli podprowadzić jakiemuś weneckiemu doży sprzed pałacu. [86]

piątek, 8 sierpnia 2014

Pochłaniacz czasu

Sasza nie znosiła słowa "intuicja". Miało zbyt ambiwalentne konotacje wśród policjantów, choć większość z nich posługiwała się intuicją na co dzień. Ale intuicja plus trzeźwa ocena faktów zawsze przynosiły efekt w pracy z ludźmi. Życie to codzienne przesłuchanie, tyle że nie wystarczy słuchać. Trzeba też widzieć. Wtedy nie tylko się słucha, lecz także słyszy. [237]

Może cała ta historia nie wydarzyłaby się, gdyby nie fakt, że Sasza poczuła znajome uczucie buntu. Zderzenie z systemem, którego nie da się zmienić [265].  Fenomenalna scena odprawy w kryminalnym nie pozostawia złudzeń: Sasza ma genialną intuicję, doskonały warsztat, ale w starciu z systemem, reprezentowanym przez samych mężczyzn, będzie musiała wykazać się też nadludzką cierpliwością - nikt z obecnych w salce konferencyjnej nie chce jej słuchać.  Nikt nie chce  s ł y s z e ć, co ma do powiedzenia. Im mocniej profilerka naciska, aby w śledztwie sięgnąć do faktów z zamierzchłej przeszłości, tym częściej słyszy: Po co?
- A co to ma do rzeczy? - oburzyła się Sasza. - Zakłada pan rozwiązanie, zamiast analizować zgromadzone dane. Trzeba wziąć pod uwagę wszystkie hipotezy, a nie te najbardziej oczywistą.
- Nie trzeba szukać mózgu w dupie, skoro jest w głowie - odciął się policjant. Koledzy wsparli go gremialnym śmiechem. [293]
Oczywiście Sasza nie daje za wygraną.

wtorek, 15 lipca 2014

Mapy czytelniczych światów, czyli wędrówką jedną życie jest człowieka


[...] MAPA, a  już nie BIBLIOTEKA czy LABIRYNT stała się metaforą epistemologiczną współczesności [168].

Dawno nie sięgałam po "książki o książkach". Pochłonięta beletrystyką, lubię od czasu do czasu zapomnieć, że znam warsztat pisarski od podszewki: uciekam od słów struktura, konstrukcja, kompozycja, poetyka.
Chcę poczuć się wyłącznie czytelniczką, której obcowanie z tekstem literackim sprawia przyjemność. Frajdę. Radość.
Daję się uwieść, porwać, omotać.
A potem wracam na upatrzone pozycje, żeby kolejny raz zadać sobie pytanie: dlaczego ten tekst, ta powieść - opowieść znów mnie wessała. Dlaczego uległam? Dlaczego zawiesiłam na kołku ów pakt z autorem i jak pierwsza naiwna dałam się przekonać, że to MIEJSCE istnieje naprawdę. Że to śledztwo nie miałoby szans powodzenia, gdybym nie biegła ulicami niestniejącego miasta ramię w ramię z genialnym detektywem. 
Dociekając, trafiam czasem na "książki o książkach", które są niemniej fascynujące, niż fikcja w stanie czystym (czy taka w ogóle istnieje...?)

"Geopoetyka" Elżbiety Rybickiej jest taką właśnie pozycją: sprawiła, że udałam się w podróż, która - jak już zapewne zauważyliście - jest dla mnie wartością samą w sobie. I, jak wynika z rozważań Rybickiej, nie tylko dla mnie...

środa, 26 lutego 2014

Wampir intelektualny (1)

Podjęłam tak niewiele trafnych decyzji, a większość z nich z niewłaściwych powodów. [1949/46]

Kiedy to pisze ma 16 lat. Ale już wie. Od tej pory już zawsze będzie wiedziała, że im bardziej człowiekowi zależy na podjęciu trafnej decyzji, tym bardziej nic z tego nie wyjdzie. Że jedyna broń niewolników własnego umysłu, to podstępy. Napisze później:

Mój własny umysł mi się wymyka. Muszę zachodzić go od tyłu, zaskakiwać w pół słowa. [1958/235]

Czytając pierwszy  tom Dzienników oddycham z ulgą: ludzie, którzy nigdy nie byli dziećmi, nie mieli w sobie przyzwolenia na ten koszmarny stan zależności, przez dorosłych nazywany - nie wiedzieć czemu - stanem błogim i beztroskim, istnieją. Susan Sontag nigdy nie była dzieckiem, a prowadzone latami Dzienniki zdają się pełnić rolę wentyla bezpieczeństwa: kiedy trwa się w rozmaitych społecznych uwikłaniach, cóż więcej można, cóż... Tylko pisać i samemu siebie utwierdzać w przekonaniu, że się jest i się staje tym, kim chce się stać.
Mając lat 29 Susan zanotuje:

Czekam, aż David dorośnie, tak jak czekałam, aż sama skończę szkołę i dorosnę. Tylko że to moje życie przeminie! [1962/363]


sobota, 1 lutego 2014

Tautologia stosowana

A. Compagnon, Demon teorii. Literatura a zdrowy rozsądek, przeł. T. Stróżyński, Gdańsk 2010.

Kiedy czyta się nałogowo, symultanicznie, kompulsywnie i galopem przychodzi moment, że każda kolejna historia wydaje się podobna do poprzednich. Wszystko już było, wszystko opowiedziano tysiąc i jeden raz na tysiąc i jeden sposobów. Cóż jeszcze za dzieło musiałoby powstać, żeby człowieka zaskoczyło, omotało, obezwładniło, zachwyciło...
Coraz rzadziej czytam z przyjemnością. Nawet jeśli chowam głęboko do szuflady uprawnienia swe operatora wózków widłowych do podnoszeni ksiąg elementarnych na poziom analizy i interpretacji. Nawet jeśli czytam, żeby czytać, a nie żeby pisać, o tym, że przeczytałam. Nawet jeśli bardzo chcę nie widzieć pisarskiego warsztatu, nie zauważać technicznych sztuczek, nie wybiegać myślą dalaj niż za dwie strony...

czwartek, 16 stycznia 2014

Diody

[…] emocje są jak diody, które w wyniku uczestnictwa w uporządkowanym regułami i normami układzie społecznym zapalają się nieustannie i informują osobę o jej zakresie przystosowania do tego, co społeczne, i co należy zrobić, jeżeli zakres ten nie jest społecznie satysfakcjonujący, o czym donosi nieustanne monitorowanie siebie. [40]
Problem w tym, że niektórzy owych diod w ogóle nie dostrzegają, ba, nie wierzą w ich istnienie; inni zaś nie potrafią się w ogóle poruszać w świecie relacji interpersonalnych, jeśli nie mają latarki czołówki w takie diody zaopatrzonej i oświetlającej każdy ich krok.
Jedni i drudzy nieustannie wpadają w tarapaty, ale spróbujcie im powiedzieć, że u ich źródeł leży nieumiejętność odczytywania i nazywania emocji własnych i cudzych – wyśmieją was. Emocje? Bzdura!
Nie dziwcie się im. Nawet badacze parający się naukami społecznymi jeszcze całkiem niedawno zostawiali wiedzę o emocjach swoim kolegom biologom i ewolucjonistom, wychodząc z założenia, że emocje to pewien rodzaj atawizmu, który ułatwia dobór naturalny i przystosowanie do środowiska, człowiek zaś jest z definicji istotą racjonalną. I tu się mylili…
Dawno nie czytałam książki, której autorka tak płynnie i przekonująco porusza się po kilku dziedzinach nauk społecznych (socjologia, psychologia, pedagogika) oraz wpisuje systematyzowaną wiedzę w kontekst medyczny, historyczny a nawet literacki. Ta godna najwyższego uznania narracyjna wirtuozeria daje porywający efekt: oto świat emocji jawi się czytelnikowi w całym swym skomplikowaniu, ale jednocześnie zyskuje czytelną i spójną wykładnię. A jest tym bardziej pasjonująco, że autorka za główny temat swej książki obrała emocję wszechobecną, silną i często nieuświadamianą, ale mającą kluczowy wpływ na nasze relacje z ludźmi – wstyd.

poniedziałek, 4 listopada 2013

Cóż po kobiecie w czasach marnych

Kiedy wśród zgiełku nieustających debat nad „kwestią kobiecą i feminizmem” pojawiają się głosy samych zainteresowanych, podmiotów debaty – kobiet, mężczyźni szybko tłumaczą interlokutorkom, że wychodzą one z błędnych założeń, bazują na fałszywych przesłankach; że nie wiedzą, o co im naprawdę chodzi (w domyśle: my, mężczyźni wiemy, o co w a m  chodzi), co dla nich dobre. Sam fakt, że mężczyźni  w  o g ó l e  wypowiadają się na tematy, które ich po prostu nie dotyczą, o których nie mają – bo nie mogą mieć… - pojęcia, budzi w wielu kobietach irytację. Ci, którzy wchodzą z kobietami w dialog, często traktują swoje rozmówczynie arogancko i/albo protekcjonalnie – jest to właściwie symulacja dialogu; upokarzająca sytuacja dopuszczenia do głosu kogoś, z kim się i tak nie liczą, kogo nie szanują, kogo się nie boją – mężczyźni dobrze poruszają się w strukturach władzy, a okopani na swoich pozycjach ministrów, specjalistów, konsultantów nie potrzebują w tej sytuacji żadnych rzeczowych argumentów. Wystarczą truizmy, powielane od lat okrągłe sformułowania czy odwołania do ideologii, która w tej chwili wydaje im się jedynie słuszna – w tej chwili, bo kiedy po kolejnych wyborach zmienią swoją „partię zameldowania”, jedynie słuszna może okazać się ideologia zgoła odmienna.

czwartek, 10 października 2013

Z wierzchu batman, w środku galareta [245]



Wiesław Myśliwski, Ostatnie rozdanie, Kraków 2013

Tak

Myśliwski daje nam poczucie, że obcujemy z wielką literaturą, które niestety jest mylne. Jest to powieść dobra ale nieznośnie mdła, pozbawiona ironii, pazura intelektualnego i życia. Jest powolna, kontemplacyjna i, niestety, wtórna. Będą oczywiście zachwyty, będą interpretacje i nagrody, będą wielkie słowa i wielkie porównania. Ja pozwolę sobie być tym, który krzyczy: "Król jest nagi!"

Czy tak

Recenzować powieści Wiesława Myśliwskiego to tak, jakby wydawać opinię o Biblii. W jednym i drugim wypadku, absolut opowiadanych historii stanowią uniwersalność, wieloznaczność i prawda jaka z nich płynie. To tę prawdę, pośród oceanu kłamstw, w którym topią się współczesne byty, te same istoty myślące próbują wyłowić błądząc dłońmi po kaleczącym dnie. I tylko jeśli potrzeba poszukiwań będzie o tyle silna, by wytrwać, nakarmią swe dusze.



Może jeszcze inaczej.

Powieść Wiesława Myśliwskiego "Ostatnie rozdanie" przeczytałam od deski do deski. Nie zaskoczyła. Nie zaszokowała. Nie zmieniła niczego w moim postrzeganiu świata. Nie sprawiła, że otworzyło mi się trzecie oko i wyostrzył szósty zmysł. Nie uwrażliwiła mnie na nic, na co nie byłabym już wrażliwa. Nie dowiedziałam się z niej nic nowego o sobie.


wtorek, 17 września 2013

Wyrazy Wyłącznie Obce (WWO)

To nie jest książka dla Norberta. 
Norbert został skonstruowany solidnie, do konkretu i kolumn Excela; nigdy nie wybrałby się śladem Nansena albo Prousta [90].

To jest książka dla Mai.
Ojciec nauczył Maję, że każdy język, zwłaszcza język ojczysty, składa się wyłącznie z wyrazów obcych [257].
To jest książka dla Andrzeja.
Każda transgresja w jakiś sposób go wzruszała, ponieważ urodził się w okresie, w którym podstawowa transgresja, czyli religia, utraciła czar i moc [56].
To jest książka dla Ninel.
Ninel lubiła myśleć o eutanazji w kontekście własnej osoby. Ta myśl z jednej strony ją uspokajała, z drugiej - pozwalała zachować fason, by nie rzec z pewną przesadą: godność [95].
To jest książka dla Marii.
Maria zresztą, tak na marginesie, umiała z wielkim taktem i takimż wdziękiem nie dostrzegać różnych rzeczy [191].

wtorek, 10 września 2013

Jesienny powrót

Szanowni Czytelnicy,

długa przerwa na blogu spowodowana była faktem banalnym: rozpoczął działalność portal, którego jestem współzałożycielką. Prace nad budową takiego miejsca w sieci są fascynujące i bardzo czasochłonne. Kiedy już portal ruszył, okazało się, że to kolejne miejsce, w którym można pisać recenzje. Na szczęście okazało się również, że portal rządzi się własnymi prawami i... stanowczo większą publikę mają tu teksty krótkie i recenzje rozmiarów mikrych.
Wracam więc do pisania recenzji dłuższych na blogu, a te które popełniłam gdzie indziej w czasie mojej tu nieobecności, linkuję:


Chyba zacznę od "Ości" Karpowicza albo od "Dziuni" Nowakowskiej, albo... znów nie wiem od czego zacząć. Z tymi książkami, to tylko kłopot ;)





poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Wciąż opowiadam bajki



Przyznaję: ta Agnieszka to ja; od zawsze opowiadam bajki, a ta, sprzed wielu lat, wciąż mi się jeszcze nie doopowiadała do końca. Historyjka o kotku, który zgubił mamusię podziałała na moje uemocjonalnienie silniej od Grimmów i Andersena. Labirynt malutkiego mieszkanka, niczym gotycka przestrzeń anizotropowa charakterystyczna dla opowieści grozy, wchłonął matkę, wtedy w wieku gdzieś między Matlretorem a Ostrą, wchłonął i zassał. I trzyma. Kotek z pieskiem suną ciemnym korytarzem, matka też sunie; wpatrują się w jednookie radio, co tak mrugało oczkiem jak kotka mama mrugała - matka też się wpatruje jak zaczarowana i odtąd wszystkie radia jej zawsze to jedno na myśl przywodzą. Dywanik przed łóżkiem i miotła, i ten kotek nieboraczek, co tak płacze, ciągle płacze...

"Nowoczesna bajka o kotku" opowiedziana przez Agnieszkę jest niczym innym jak opowieścią o tym, jak namówić rodziców do zrobienia czegoś, czego wcale nie mieli zamiaru robić. Te domowe zwierzontka ... ech, zawsze wzbudzają emocje. Tak to widzę dziś, ale lat temu tysiąc pięćset sto dziewięćset płakałam wraz z kotkiem i z ulgą wraz z nim odnajdywałam kocią mamę w mamie ludzkiej. Bezradne kocięctwo i przytulna mamowatość - to było to, co  kazało matce do maleńkiej książeczki wracać bez końca. Przekonanie z opowieści wyniesione, że kto szuka, ten znajdzie. Podobne emocje odnalazła matka w powiastce Michałkowa o zbuntowanym  koziołku. Ale to już kolejny stopień wtajemniczenia: nie wiemy dlaczego kotek został sam, się stało, się zdarza; koziołek zasię, uparty jak to koziołek, sam sobie nagrabił. A potem żałował. Co się wydygał, biedactwo, to jego. I co się matka wydygała była... Ale na końcowej ilustracji siedzi koziołek na maminych kolanach, za stołem suto zastawionym jadłem i napitkiem, wśród przyjaciół, mądrzejszy o te wszystkie strrraszne nauczki, co to go były spotkały. Wilki i burza, samotna wyspa pośrodku kipieli...Nie płacz, koziołku!

I jeszcze jeden samotnik, działający na wyobraźnię-Maciupek. Egzystencjalny wyrzucik sumienia, poszukujący swojej Drobinki. Stuprocentowy facet, który nie umie nazwać dręczących go emocji; który woli pisać niż mówić; który nie wie, czego chce, choć wie, czego nie chce.
"- Dlaczego tak mi smutno, chociaż jest lepiej, niż kiedykolwiek przedtem?".
"Co ci po muszli, mały przyjacielu, jeżeli nie masz jej komu pokazać?".
I list w butelce i Drobinka-wyzwanie, która boi się jeszcze bardziej niż Maciupek, i wspaniały uskrzydlający stan, kiedy jest się bardziej złym, niż wystraszonym...ech, piękna opowieść dla dzieci i dorosłych.
Do dziś matka ma we krwi pocieszanie kotków, koziołków i Maciupków. I czasem sama by chciała, żeby ją ktoś jak tę Drobinkę...ech, literatura...

piątek, 15 lutego 2013

Kto się boi Joanny Bator?

Joanna Bator, Ciemo, prawie noc, Warszawa 2012

 Ja!
Boję się coraz bardziej.

Wydaje się, że to niemożliwe, aby wrażliwość Autorki i wrażliwość czytelniczki były aż tak  do siebie zbliżone.
Więc dwie możliwości: albo Autorka i czytelniczka są do siebie podobne w najgłębszych warstwach postrzegania świata i wszystkiego, co kryje się pod podszewką rzeczywistości; albo ów sposób widzenia jest bardzo pospolity: wszyscy tak postrzegają egzystencję i jej anomalie i stąd to poczucie kompatybilności metafizycznej niemal.

Czytelniczka chce łudzić się, że w grę wchodzi jednak diagnoza pierwsza i pozwoli sobie trwać w niemym (piękna figura retoryczna: przecież właśnie tu przed Wami werbalizuje swe odczucia...) zachwycie i przekonaniu, że dostała się do jakiegoś czytelniczego grona wybrańców.


piątek, 8 lutego 2013

Kim jesteś Kosteczku?

Szczepan Twardoch, Morfina, Kraków 2012

Od poszukiwania własnej tożsamości można uzależnić się jak od morfiny. Można spędzić życie na wciąż ponawianych próbach dowiadywania się czegoś nowego o sobie. Można umrzeć, nie widząc kim się jest. Można patrzyć w lustro i powtarzać sobie co dnia: ja to ktoś inny.

Odkąd Wielki Łańcuch Bytu rozpadł się na pojedyncze ogniwa, niczym papierowa zabawka na choinkę przygotowana rękami niezbyt sprawnego manualnie dziecka, co dnia konstruujemy swoją tożsamość od nowa. Może nie wszyscy i nie zawsze całkowicie ab ovo, ale na pewno poczucie "chęci bycia sobą", "stania się nareszcie sobą" czy "zrealizowania siebie" towarzyszy wielu z nas od świtu do zmierzchu, od pierwszych burzliwych dni pokwitania, aż po grób.

Konstanty Willeman najpierw przed sobą ucieka, a kiedy zaczyna tracić rozeznanie co do własnej osoby, rozpoczyna szalony pościg za swoim ja.


poniedziałek, 21 stycznia 2013

Trefny wybór

J. K. Rowling, Trafny wybór, Kraków 2012

Chyba wolałabym, żeby zachowano tytuł oryginału: tymczasowy wakat. Albo w tytule przyjętym przez polskiego wydawcę, zmieniono jedną literę: trEfny wybór byłby lepszy.

Dla mnie powieść J.K. Rowling jest właśnie próbą uchwycenia tych dwóch fenomenów funkcjonowania społeczności ludzkiej: tymczasowości - która w wielu wypadkach przeradza się w pewien stały układ, w myśl niepisanej zasady, że najtrwalsze są prowizorki - oraz nieumięjetności dokonywania wyborów ponadjednostkowych (pojęcie dobra wspólnego, przestrzeni wspólnej czy solidarności grup społecznych traci rację bytu): te zwykle są trefne...



sobota, 5 stycznia 2013

Cyrk

Zośka Papużanka, Szopka, Warszawa 2012

Jak na podchoinkowy obiekt przystało - "Szopka".
Wyczekana.
Przeczytana w ciągu jednego wieczoru.
I mogłam pisać tę recenzję, zaraz, natychmiast, szybciutko, bo wszyscy już napisali, ale... nie mogłam. Nie wiedziałam d l a c z e g o tak wchłania.
Wiedziałam, że przeczytać warto, że trzeba konieczne, ale nie, że pochłonie mnie całkowicie. Bo przecież nic nowego pod słońcem, a jednak nowe wszystko.
Niby polska rodzina niepatologiczna, ale i nie - normalna. Niby wszystko tak, jak zawsze, jak wszędzie, jak u każdego, a jednak punkt obserwacyjny niecodzienny. A punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. W przypadku "Szopki" - od siedziska na drabinie pokoleń. Bo inaczej, gdy bezstronny narrator opowiada nam historię szaloną, inaczej - kiedy oddaje głos bohaterom.


czwartek, 6 grudnia 2012

Wejść i zostać

 Jan Antoni Homa, Altowiolista, Warszawa 2009

Wiem: seks, czekolada... ale dla mnie wciąż nie ma rozpusty większej, niż myślenie i większej przyjemności, niż czytanie. 

Kiedy nasycę się już literaturą ciężką, długo zalegającą w... - chciałoby się rzec: w żołądku, ale to raczej o inny organ chodzi - o mózg, sięgam po literaturę lekką i przyjemną. Taką, w którą się wchodzi - wiecie: zamyka się oczy i wraz z bohaterami przemierza uliczki miasta, zwiedza okolicę albo siedzi przy kawiarnianym stoliku. I tak się człek snuje niespiesznie, tracąc orientację czy na kanapie siedzi i czyta, czy już daleko jest i przemierza, zwiedza, siedzi...

Ostatnimi czasy przemierzam, zwiedzam i siedzę.
Snuję się po Krakowicach z Bartoszem Czarnoleskim i psem Estonem. Próbujemy rozwiązać zagadkę niezwykłej batuty - klucza. Jeszcze nie wiem, co klucz ów otwiera, ale wcale mi się nie spieszy... Powieść Homy pełna jest muzycznych i muzykologicznych dygresji, przez które przedzieram się powoli, bo jako laik, chcę się jak najwięcej dowiedzieć. Bo to ciekawe. Bo przyjemnie tak dostać książkę dwa w jednym: kryminał z ambicjami popularnonaukowymi niemal. Pisany płynną, giętką frazą; piękną polszczyzną pełną kontekstów i skojarzeń; polszczyzną prostą, ale finezyjną.


AddThis