Mogłabym zacząć tak: naiwnie liczyłam, że uzyskam odpowiedź. Że dowiem się, jak to się dzieje, że czasem człowiek przez całe życie jest w nastroju nieprzysiadalnym. Że szuka stolika w ciemnym kącie, ale chce aby stolik usytuowany był tak, że można przy nim siedzieć i obserwować. Innych. I żeby ci inni nie podchodzili zbyt blisko. Żeby byli - na odległość ręki, nawet mówili do ciebie - listami, ale jednak zachowywali dystans.
Mogłabym zacząć tak: naiwnie liczyłam, że jest pierwsza przyczyna. Jedna przyczyna. Jest powód. Proste zależności: jeśli A, to B. Potem C, D, E... Że Na każde pytanie jest odpowiedź.
Ale to przecież nieprawda.
Liczyłam na to, że upewnię się w swoich intuicjach: są przesłanki, są punkty graniczne, są znaki, symptomy, ale.
I to ale fascynowało mnie w Beksińskich najbardziej.
Mogłabym zacząć tak: naiwnie liczyłam, że padnie diagnoza. W ciemnym kącie na stoliku Magdalena Grzebałkowska porzuciła plik papierów - co za fascynująca medykalizacja wywodu... - a tam obłe metaforyczne sformułowania psychiatryczne. Jasna sprawa.
Ale to przecież nieprawda.
Liczyłam na to, że nie będzie prostych przekładni, domorosłych diagnoz; że zza węgła nie wyskoczy mi żaden Freud. Liczyłam na to, że nikt mi niczego nie ułatwi.
I nie ułatwił.









