Anna Wojtacha, Zabijemy albo pokochamy, ZNAK 2015
Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle. Czasem, dla
niepoznaki, baba ma swojsko brzmiące imię, choćby Anna, a dla zmylenia
przeciwnika, niczym kameleon, wtapia się w tło.
Mogłabym tak siedzieć w nieskończoność. Ludzie, kiedy nie widzą, że są
obserwowani, zachowują się naturalnie, wtedy też najlepiej wychodzą na
zdjęciach. Jeśli zorientują się, że ktoś na nich patrzy, zaczynają przybierać
pozy i robić miny, bo chcą wypaść jak najlepiej. Ja jednak siedzę z boku, więc
jestem dla nich prawie niewidoczna – także dzięki temu, że nie mam na sobie
strojnej sukienki, nie jestem umalowana ani ładnie uczesana. Jestem więc nikim,
zupełnie przezroczysta. Uwielbiam to. Nawet ci, którzy siadają obok mnie, nie
zwracają na mnie uwagi. Słucham ich rozmów, podpatruje uśmiechy i zaloty.
[215-216]
Ale to nie jedyna taktyka – z
natury bowiem baba jest impulsywna.
Dwa razy nie trzeba mi powtarzać. Zrzucamy ubrania i wbiegamy do
jeziora. Jest koszmarnie zimne, więc krzyczymy wniebogłosy, ale już po chwili
ciało się przyzwyczaja. Kładę się na plecach i pozwalam, by woda mnie unosiła.
Ten moment będę pamiętać już zawsze. Poranne mgły, skłębione niskie chmury i
wyspa Olchon spoglądająca na mnie majestatycznie. Poczułam się w tym ogromie
wody maleńka, a jednocześnie spokojna. [179-180]
I gadatliwa.
Kiedy Igor będzie się wstydził
zagadać do dziewczyny, która mu się spodobała, Anna poradzi sobie z tym bez
trudu. Bo Anna z zagadywania żyje, uprawiając jeden z najbardziej pasjonujących
zawodów świata – dziennikarstwo. Anna, jak trafnie definiuje Igor, zawodowo
gada z ludźmi. Fajną robotę ma. Więc ta Anna zagada do każdego i każdego
usiłuje przegadać, ale umie też słuchać i z tej prostej przyczyny ludzie
chętnie otwierają przed nią swoje serca.



