Przed nami wyrosła wielka, ponura, toporna konstrukcja, pozbawiona jakiegokolwiek stylu, szara bryła Betonowego Pałacu. Tak masywna, że zdawała się przysłaniać większość błękitnego nieba. Blok rzucał cień na Osiedle. Królował nad nim niczym baszta obronna. W równym stopniu strzegł, co zagrażał. Miał piętnaście pięter i powoli popadał w ruinę. [85]
Ale
zaraz potem zdałam sobie sprawę, że co dnia mijam mnóstwo betonowych
pałaców rzucających cień na osiedle. Także na to, na którym pracuję.
Zdarza mi się w betonowych pałacach bywać; te najstarsze, od wielu lat
nieremontowane bywają naprawdę przerażające. Ciągnące się nieomal bez
końca odrapane cuchnące korytarze, zdezelowane windy, przepalone
żarówki. W takich miejscach przychodziło mi szukać podopiecznych
Opiekuna, albo tych, których miałam nadzieję przed nim uchronić.
W
tkance wielkiego miasta Osiedle nie jest strukturą metaforyczną; jest
jak najbardziej realne i namacalne, choć wielu, którzy nigdy się z nim
nie zetknęli, może uznać, że podobnie ukonstytuowane państwo w państwie
nie ma prawa bytu. Gaja Grzegorzewska używa zamiennie słowa Osada,
wiodąc myśl czytelnika w stronę horroru.
Tak - osiedle to miejsce jak ze złego snu; statek szaleńców na oceanie
względnego spokoju. Zważcie jednak, że wejście do betonowego pałacu jest
raczej nietypowe:
Schodów prowadzących do jedynej klatki pilnowały na przykład dwa zupełnie absurdalne kamienne lwy, które chłopaki musieli podprowadzić jakiemuś weneckiemu doży sprzed pałacu. [86]


