Kiedy czyta się nałogowo, symultanicznie, kompulsywnie i galopem przychodzi moment, że każda kolejna historia wydaje się podobna do poprzednich. Wszystko już było, wszystko opowiedziano tysiąc i jeden raz na tysiąc i jeden sposobów. Cóż jeszcze za dzieło musiałoby powstać, żeby człowieka zaskoczyło, omotało, obezwładniło, zachwyciło...
Coraz rzadziej czytam z przyjemnością. Nawet jeśli chowam głęboko do
szuflady uprawnienia swe operatora wózków widłowych do podnoszeni ksiąg
elementarnych na poziom analizy i interpretacji. Nawet jeśli czytam,
żeby czytać, a nie żeby pisać, o tym, że przeczytałam. Nawet jeśli
bardzo chcę nie widzieć pisarskiego warsztatu, nie zauważać technicznych
sztuczek, nie wybiegać myślą dalaj niż za dwie strony...
